Forum Album Sklep
FAQFAQ  Mapa GoogleMapa Google  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  ProfilProfil
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj
 Ogłoszenie 
Smaczaki - przysmaki dla psa Pomagam.pl - Pomagamy w potrzebie Zwierzakowo - Internetowy Sklep Zoologiczny Labradory - na dobre stawy

Poprzedni temat «» Następny temat
Opowieści z mchu i paproci
Autor Wiadomość
Gocha2606 



Posty: 433
Skąd: Katowice
Wysłany: 2010-05-19, 20:19   Opowieści z mchu i paproci

Skoro jest dział "literacko", a ja zostanę kilka chwil na Waszym sympatycznym i gościnnym forum, to pomyślałam sobie, że może czasami umilę Wam wieczory i opowiem jakąś bajkę na dobranoc?

Zwłaszcza, że pogoda nie sprzyja długim spacerom, ani bądźmy szczerzy - ogólnie nie zachęca do wychodzenia z domu.

Znacie?
Nie znacie?
To posłuchajcie.... ;)

Opowieść o Małgorzacie i jej Małej Blondyneczce, czyli jak to się wszystko zaczęło....


Dawno, dawno temu, za górami, za lasami, żyła sobie mała, nieszczęśliwa dziewczynka. Dla potrzeb tej opowieści nazwijmy ją Małgorzata. (,,,dziewczynka nie była taka znowu mała, bo liczyła 176 cm wzrostu i tak znowu dawno temu to nie było, gdyż w listopadzie 2006 roku, ale wracając do opowieści...)
...Małgorzata była nieszczęśliwa, bo po wielu latach spędzonych z pewnym artystą, postanowiła wreszcie skutecznie pozbyć się go ze swojego życia, wyrzucając go z domu i z serca. Była nieszczęśliwa, bo jej mała siostrzyczka chorowała, a uczeni medycy, znachorzy i zielarze tylko kiwali głowami, bezsilnie rozkładając ręce i zalecając kolejne operacje, po których mała siostrzyczka traciła kolejne cenne części swojego małego ciałka. Kiedy wreszcie po wielu miesiącach zakończyli proceder cięcia i zszywania, mała siostrzyczka była tak słaba i pozbawiona chęci do życia, że nie miała siły ani ochoty, aby podnieść swój zadek z łóżka na krzesełko na kółkach i gdyby nie czujna opieka Małgorzaty i rodziców – zakończyłaby swój żywot jako mokra i niegustowna plama na chodniku, wyskoczywszy z okna na 8 piętrze.
...Małgorzata była nieszczęśliwa, ale pewnego dnia, przeglądając niezmierzone zasoby internetu, odkryła, że istnieje istotka bardziej nieszczęśliwa niż ona. Istotka owa, zamknięta za kratami, miała długie i brudne blond loczki, wielkie, smutne oczy i zwisające smętnie uszy. Małgorzata, patrząc na jej zdjęcia pomyślała, że tak smutna istota długo już chyba nie pożyje, a skoro tak – to mogą sobie razem pożyć krótko, ale szczęśliwie. O swoich planach poinformowała od razu chorą siostrzyczkę, która pierwszy raz od wielu miesięcy ożywiła się i orzekła :
- Musisz ją stamtąd zabrać! Jeśli tego nie zrobisz będziesz ostatnią świnią i nie odezwę się do Ciebie do końca życia!
Cóż było więc robić, Małgorzata w listopadowy, zimny i deszczowy wieczór, z obawą w sercu pojechała do tego strasznego miejsca, gdzie za kratami przebywała bardzo smutna mała blondyneczka o wielkich oczach. Blondyneczka nieśmiało podeszła do kraty i spojrzała na Małgorzatę swoimi smutnymi, miodowymi oczami, a Małgorzata....
(... wiem, powinno być – poczuła, że jej serce mięknie, wzięła blondyneczkę i pojechały do ciepłego, bezpiecznego domku, żyjąc od tej pory długo i szczęśliwie. Tak się jednak nie stało, gdyż nasza bohaterka...)
... po prostu stchórzyła, wzięła nogi za pas i z piskiem opon odjechała do ciepłego, bezpiecznego domku, przez całą drogę widząc smutne oczy pozostawionej na pastwę losu blondyneczki.
- Jesteś ostatnia świnia!!!! Nie odzywam się do Ciebie do końca życia!!! – wrzasnęła do słuchawki chora siostrzyczka, usłyszawszy o postępku Małgorzaty – Jak mogłaś ją tam zostawić taką sama, samiuteńką, w taki deszcz i ziąb!!!
- No ale... nie jest tak źle... jutro ktoś ma przyjechać o 12 i ją adoptować, więc umówiłam się, że przyjadę o 12.30 i jeśli nadal tam będzie – to ją wezmę... Ona jest duża... ona jest dzika... a ja się boję, że sobie nie poradzę... – rozpłakała się Małgorzata .
- Świnia jesteś! I mięczak! Jeśli ją weźmiesz to może czasami mieszkać u mnie – zaoferowała siostrzyczka.
- Jestem mięczak, a u Ciebie nie zostanie, bo Ty nie chodzisz i nie wychodzisz z domu
- odparowała Małgorzata.
- No i co z tego? Jak ją weźmiesz, to zacznę chodzić! A ona tam teraz siedzi taka sama, samiuteńka i marznie, moknie i się boi. Świnia jesteś i tyle – podsumowała siostrzyczka.

CDN – w nim między innymi o tym, że Małgorzata to nie tylko ostatnia świnia, ale i głupek rzadko spotykany.

Ciąg dalszy nastąpił, czyli miłe złego początki....

Noc była zimna, wietrzna i deszczowa. Małgorzata przewracała się z boku na bok, nie mogąc zasnąć i walcząc z myślami. Z jednej strony jej serce aż się rwało , żeby skoro świt pojechać i zabrać do siebie małą blondyneczkę o smutnych oczach, z drugiej rozsądek podpowiadał, że być może to nie jest dobra decyzja, żeby brać pod swój dach obcą i dziką istotę, która poza bursztynowymi oczami ma także bardzo, ale to bardzo ostre zęby....
Nadszedł sobotni poranek i Małgorzata postanowiła, że będzie tak, jak zadecyduje los.
Do południa posprząta mieszkanko i zrobi zakupy, a dokładnie o 12.30 zamelduje się w tym okropnym miejscu i jeśli blondyneczka nadal tam będzie – zabierze ją do siebie.
Bezsenna noc wpłynęła jednak niekorzystnie na jej zdolność do logicznego myślenia. Małgorzata była wielce zdumiona, kiedy okazało się, że wszystkie sklepy są „ W dniu 11 listopada nieczynne, przepraszamy”.
Cóż było więc robić, wsiadła w swoje małe auteczko i pomalutku, powolutku pojechała sprawdzić, czy blondyneczka została jej przez los przeznaczona, czy też nie....

Małgorzata zajechała pod bramę i z niepokojem rozejrzała się wokół.
Dochodziła godzina 11.50, ani żywego ducha, słychać było tylko rozpaczliwe wycie psów, zamkniętych w brudnych kojcach.... Serce łomotało jej jak szalone, kiedy ze ściśniętym gardłem przekraczała bramę.
„ Uciekaj stąd, po co Ci te kłopoty? Ona będzie chorować, będzie się starzeć, umrze za kilka lat – nie chcesz tego znowu przeżywać! Wycofaj się , póki nie jest jeszcze za późno, bo jeśli ją zabierzesz i dasz jej dom – staniesz się za nią na zawsze odpowiedzialna” – krzyczał Rozsądek.
„ Poradzisz sobie, psy żyją niesprawiedliwie krótko, ale dzięki temu jeden człowiek w ciągu swojego życia może dać szczęście i miłość wielu psom... Za kilka lat odejdzie – ale nigdy nie zapomnisz tego czasu, który spędzicie razem” – podszeptywało Serce.
Małgorzata wzięła głęboki oddech, zacisnęła w palce w kieszeni na paczce „szmakosów” i przekroczyła bramę....

* * * * *

- Masz? Zabrałaś ją? Jaka jest? Opowiadaj? – głos siostrzyczki w telefonie drżał z emocji.
- Mam. Ale nigdy nie widziałam tak smutnego psa, wygląda, jakby ktoś wyssał z niej życie i zostawił pustkę w środku. Nie patrzy w oczy, ale cały czas łazi za mną i się przytula. I śmierdzi. A poza tym jest chuda, sama skóra i kości....no i je wszystko, w każdych ilościach.
- Ojej – westchnęła siostrzyczka, a Małgorzacie wydawało się, że westchnęła też śmierdząca, mała blondyneczka, rozpaczliwie tuląca się do jej boku.

* * * * *

Kolejne dni mijały na wizycie u fryzjera, który doprowadził skudlone loczki blondyneczki do porządku i wyłuskał z nich trzy dorodne pchły, niespiesznych spacerach, na których blondyneczka szła, wpatrzona w ziemię i bardzo, bardzo wielu czułościach.
Blondyneczka, którą Małgorzata w trzecim dniu znajomości nazwała Sasza, pozostawiona sama w domu w czasie, kiedy Małgorzata szła zarabiać na ich utrzymanie, nie sprawiała najmniejszych problemów, zapewne śpiąc i śniąc swoje psie sny. Poznawała nowych ludzi, skradła serce rodziców i siostrzyczki Małgorzaty i była idealną , chociaż nie rozumiejącą ludzkiego świata i zasad w nim panujących, towarzyszką życia.
Małgorzata nauczyła się, że nie należy zostawiać chleba ani orzechów włoskich na wierzchu, bo znikną w tajemniczych okolicznościach . Nauczyła się, że otwarte drzwi od sypialni oznaczają , że po powrocie zastanie łóżko w nieładzie, a na pościeli świeże ślady czterech wielkich łap....
Ale ponieważ kobiety to słabe istoty i dają się wodzić na pokuszenie, pewnego dnia Małgorzata dała podkusić się diabłu i postanowiła, że mała blondyneczka powinna pójść do szkoły...
I tu się okazało, że mądra Małgorzata, to jednak głupek rzadko spotykany...

* * * * *
Pisałam już, że Małgorzata to głupek rzadko spotykany?
A oto, co się wydarzyło:
Szkoła – to brzmi dumnie.
Nauczyciel – to autorytet.
Dlatego Małgorzata długo wybierała i wybrała szkołę z wieloletnią tradycją, prowadzoną przez znaną osobę, licząc na to, że mała blondyneczka trafi na dobrego nauczyciela, który pokaże jej, co jest dobre, a co złe i wytłumaczy jakie reguły rządzą ludzkim światem.
Nie zawsze jednak jest tak, jak sobie wymarzymy i jak być powinno.
- Noga! Róóóównaj!! Siad!!! Waruuuj!!! Niech się pani tak nie cacka z tym kundlem, bo panią zdominuje!!! – darła się treserka – Waruj, a który pies zerwie , będzie leżał w największej kałuży przez 10 minut! A teraz „puść”. Jeśli pies nie oddaje aportu, to znaczy że jest dominujący – trzeba go podwiesić na smyczy na kilka sekund, jak się zacznie dusić to wypuści, każdy wypuszcza! A pani od Saszy chce się tak dalej męczyć – na następne zajęcia kolczatka!
- Pani od Saszy znowu bez kolczatki???? Chce się pani dalej tak mordować, nie da pani rady jej utrzymać!!!!
- Sasza nie ma jeszcze kolczatki? Przecież ona się niczego bez niej nie nauczy!!!
- No nareszcie do pani dotarło. Teraz jeżeli pies nie słucha – należy go szarpnąć i skrzyczeć, jeżeli dalej nie słucha – powalić na ziemię, to jest suka dominująca i nie ma pani z nią łatwo. No to róóóównaj! NOGA!
- Pies się rzuca na inne psy? No to trzeba ją walnąć o ziemię, bo chce zdominować panią i psy.
- Pies się rzuca na ludzi – walnąć o ziemię i kupić kaganiec, to jest bardzo dominująca suka . Nie pomaga? No to pozostaje tylko obroża elektryczna.

* * * * *
Małgorzata płakała.
Nie wiedziała dlaczego jej ukochana mała blondyneczka zamiast się do niej zbliżać, coraz bardziej się od niej oddala i zamyka w sobie, Dlaczego jest taka agresywna do nowych ludzi i nowych psów, skoro wcześniej z każdym się nieśmiało witała – teraz każdego chce pożreć w całości, bez ostrzeżenia, bez powodu?
Nie chciała jej stracić, ani oddać z powrotem do tego strasznego miejsca za bramą, skąd psy wychodziły takie, jakby ktoś wyssał z nich życie i zostawił samą skórę i kości.
Pokochała ją całym sercem, a dzięki jej obecności siostrzyczka porzuciła swój wózek na kółkach i pomalutku wychodziła z domu, podpierając się dwoma ślicznymi, chromowanymi kulami.
Co dziwne – w domu Sasza zachowywała się jak najbardziej przytulasty i łagodny pies na świecie, poza domem – wstępował w nią jakiś zły duch, który zmieniał ją w żądnego krwi i mordu potwora.
A skoro tak – to przecież nie mogła być tak do końca zła.
Małgorzata zasiadła więc do komputera i szukała, szukała, szukała.... pisała, prosiła o pomoc....
Aż pewnego dnia do ich drzwi zastukał Anioł....

Życie po życiu, czyli jak to z Aniołami bywa

Anioł pachniał tytoniem i psimi chrupkami.
Prawdę mówiąc, był to najdziwniejszy Anioł, jakiego Małgorzata w życiu widziała.
Chociaż, jeżeli się głębiej nad tym zastanowić, to zbyt dużego doświadczenia z aniołami do tej pory nie miała. Znała je tylko ze świętych obrazków, na których byli to albo mali chłopcy o kręconych blond loczkach, ubrani w sukienki i cierpiący na nadwagę, albo zniewieściali mężczyźni o kręconych blond lokach, ubrani oczywiście w sukienki , którzy siedząc na chmurce brzdękali na harfach, smętnie wpatrując się w dal.
Pewnie dlatego w pierwszej chwili nie skojarzyła, że ubrany w dżinsy i luźną koszulę wysoki, czarnowłosy mężczyzna z dwudniowym zarostem na brodzie, który stanął w jej drzwiach to właśnie Anioł. Czy to sprawiła wiosna, zapach bzu wpadający przez otwarte okna, czy może jakaś magia, serce Małgorzaty szybciej zabiło, a nogi się pod nią ugięły.
Mała blondyneczka też od razu wyczuła, że to nie jest zwykły gość, bo zamiast pożreć go w całości, podeszła powoli i obwąchała go delikatnie, z lubością wciągając w nozdrzach zapach psich chrupek. Gość przyklęknął na jedno kolano, a blondyneczka zaczęła lizać go po twarzy, zostawiając ślady mokrych pocałunków.
Małgorzata z trudem się powstrzymała, żeby nie paść obok nich na kolana i nie skraść chociaż jednego całuska, ale opanowała emocje, przecież nie wypada tak od razu rzucać się nieznanym mężczyznom na szyję.
- Wzywałaś mnie, więc jestem – odezwał się Anioł, podnosząc się z kolan – W czym mogę pomóc?
Zasiedli na kanapie , a mała blondyneczka położyła się u stóp Anioła, spoglądając mu głęboko w oczy. Małgorzata zaczęła opowiadać – o tym, jak zabrała Saszę, o szkole, do której chodziły, o tym, że podwieszano tam psy na smyczach, kiedy nie chciały pokazać trenerowi zębów albo uszu, o kolczatkach, krzykach, teorii dominacji, o tym, że robi wszystko tak, jak ją uczono, ale to nie daje efektów. I o tym, że Sasza chce zagryźć każdego napotkanego psa, nawet kiedy ten jest 50 metrów dalej, rzuca się też na ludzi, a ostatnio ugryzłaby kalekę, jednak na szczęście nie trafiła.... I o tym, że chodzi tylko na smyczy, bo jest agresywna i nie wraca na wołanie....I o tym, że to chodzenie na smyczy to naprawdę nie jest chodzenie, bo Małgorzata fruwa jak latawiec na drugim jej końcu, nieraz już się przewróciła, o powybijanych palcach i poranionych od linki dłoniach nie wspominając....
A gość słuchał, od czasu do czasu zerkając na wpatrzoną w niego małą blondyneczkę i Małgorzata przysięgłaby, że rozmawiał z nią bez słów! Ale to przecież niemożliwe...
A potem zaczął mówić. To, co powiedział było zaskakujące i zdumiewające, ale Małgorzata miała wewnętrzne przeczucie, że to wszystko prawda. Anioł tłumaczył jej, że psy to nie wilki, a teoria dominacji i konieczności obniżenia ich pozycji w rodzinie – to bzdura wyssana z brudnego palca i wymyślona przez ludzi, którzy nie rozumieją psów . Mówił, że pies przez całe dnie i noce wcale nie knuje podstępnie, jak stać się osobnikiem Alfa, a robi to, co robi, bo niczego innego nie został nauczony i nie wie, jak powinien zachować się w ludzkim świecie. Powiedział, żeby Małgorzata założyła sobie kolczatkę na szyję , a potem spróbowała nauczyć się czegoś, gdy ktoś będzie wykrzykiwał do niej rozkazy po chińsku – i sama zobaczy, czy się czegoś nauczy. A gdy będzie się chciała podejść i przywitać z innym człowiekiem – niech ktoś szarpie ją na tej kolczatce – przekona się, czy nadal będzie się uśmiechać, czy może zacznie krzyczeć i się wyrywać, byle przestało boleć...
- Wiem, co trzeba zrobić, żeby wyleczyć Saszkę – kontynuował Anioł – Kiedy Ty opowiadałaś, ja sobie z nią pogadałem po psiemu i ona też wszystko mi powiedziała Ale żeby pomóc jej, najpierw musisz zmienić siebie. To będzie długa i trudna praca, więc słuchaj uważnie....A jeśli masz dar, z czasem sama nauczysz się rozmawiać ze zwierzętami i rozumieć, co do Ciebie mówią.
I znowu zaczął mówić, a Małgorzata słuchała z zapartym tchem, starając się nie uronić ani jednego słowa. Czas mijał, Małgorzata słuchała, Anioł mówił, a mała blondyneczka leżała u jego stóp, wpatrując się w niego jak zauroczona i od czasu do czasu nieśmiało trącając go noskiem.
Czary jakieś, czy co?

* * * * *

Od wizyty Anioła minęły dwa tygodnie.
Małgorzata wyrzuciła stare metody do szuflady z napisem „NIGDY WIĘCEJ” i zaczęła zmieniać siebie, żeby pomóc małej blondyneczce. Narzędzia tortur w postaci kolczatki, szarpania i krzyku zastąpiła miękką obrożą, pasztetówką, serkiem homogenizowanym i małym, magicznym pudełeczkiem, wydającym dziwny odgłos „kilk-klik”. Owo dziwne „klik-klik” rozlegało się często, za każde spojrzenie Saszki najpierw na Małgorzatę, a potem prosto w jej oczy i mała blondyneczka chodziła teraz na spacerach wpatrzona w swoją panią, nie szukając już sobie zaczepki. Małgorzata starała się panować nad emocjami i nie reagować nerwowo na widok ludzi i psów, ale omijać ich szerokim łukiem, nagradzając Saszkę za spokój, przewidywała też kiedy i co może wyskoczyć zza krzaka czy rogu i wystraszyć małą blondi – i unikała takich sytuacji.
Po dwóch tygodniach takiej terapii Sasza nawiązała pierwszy bliski kontakt z OBCYM psem. Co prawda początkowo obwarczała i obszczekała go, jednak Małgorzata już wiedziała, co trzeba zrobić, w ruch poszedł serek topiony i po chwili mała blondyneczka, cała szczęśliwa, zapraszała nowego do zabawy!
Od tego czasu z każdym dniem było już tylko lepiej i lepiej, a małe niepowodzenia, jakie czasami się zdarzały Małgorzata traktowała jako swoje wpadki, nie obwiniając za nie małej blondi. Bo teraz widziała, że żeby czegoś od niej wymagać, najpierw musi ją tego nauczyć.

* * * * *
Czas mijał, a Małgorzata pomimo najszczerszych chęci, nie mogła zapomnieć o przystojnym Aniele i jego słowach:
„A jeśli masz dar, z czasem sama nauczysz się rozmawiać ze zwierzętami i rozumieć, co do Ciebie mówią.”
Czasami wydawało jej się, że mała blondyneczka próbuje jej coś powiedzieć, ale były to raczej banalne rozmowy, na przykład:
- Skończyłaś swój pyszny obiad? To daj polizać talerz!
Albo:
- Co tak ładnie pachnie w tej siatce, która przyniosłaś? Czy to czasem nie jest świeży kurczaczek? Mogę skosztować odrobinkę?
Małgorzata jednak chciała czegoś więcej. Nie, żeby od razu rozmawiać z blondi o stworzeniu świata, fizyce kwantowej czy Mozarcie, ale pogadać jak przyjaciółki, o sprawach ważnych i błahych.
Dlatego znowu poszły do szkoły, ale tym razem Małgorzata wybrała mądrze- wybrała anielską szkołę dla ludzi, którzy chcą być przyjaciółmi psów.

* * * * *
Zastanawiacie się, co w tym czasie działo się z chorą siostrzyczką?
Dzielnie robiła to, co obiecała Małgorzacie, czyli uczyła się od nowa chodzić. Nie minęło parę miesięcy, a chromowane kule wylądowały w piwnicy i nikt postronny nie powiedziałby, że ta ładna kobietka jeszcze niedawno nie wstawała z łóżka i nie miała nadziei na to, że będzie w pełni sprawna. Sasza od czasu do czasu zostawała u „cioci” ma weekendy, a pewnego dnia bardzo, ale to bardzo się zdziwiła.
Kiedy nadeszła kolejna wiosna w domu siostrzyczki pojawiło się bowiem małe, czarne diablę, które z miejsca zakochało się w blondyneczce, a swą bezgraniczną miłość okazywało w jedyny znany mu sposób – wbijając się ostrymi jak szpilki zębami w każdą część ciała Saszy, którą akurat udało mu się dorwać.
-Nie miała baba kłopotów, to sobie wzięła szczeniaka – westchnęła Małgorzata ciężko – Cóż, trzeba się brać do roboty i wychować go na porządnego psiaka. Ale teraz mam pewne magiczne sposoby, mam swoje małe czary-mary, no i najważniejsze – mam Anioła, który zawsze mi pomoże! Więc na pewno będzie dobrze!

Ale to już zupełnie inna historia....
_________________
Gocha&Sasza
http://www.facebook.com/DogMastersTrekking
 
 
karolinna15 



Mój labrador: Fiona
Wiek: 26
Posty: 4123
Skąd: Polska
Wysłany: 2010-05-19, 21:19   

Piękna historia :*
_________________
Zapraszam do galerii Fiony!!!
 
 
AnIeLa 
Anka



Mój labrador: Asior
Wiek: 32
Posty: 3277
Skąd: lubuskie
Wysłany: 2010-05-19, 22:13   

Historia cudna. Wygłaskaj Sasze :)
_________________

 
 
sylwusia2233 
pumiszkonek



Mój labrador: PUMA
Wiek: 31
Posty: 374
Skąd: pomorskie
Wysłany: 2010-05-19, 23:05   

Przepieknie :) wczytałam sie na całego bardzo wzruszajace

pozdrowienia dla was dziewczynki
_________________

 
 
blunetka 
blunetka



Mój labrador: Bretania
Posty: 3275
Skąd: Zamość
Wysłany: 2010-05-20, 00:37   

Gocha2606, piękne i prawdziwe :*

Pozdrowienia dla Anioła :) , (jest tu zarejestrowany) ;)
 
 
Gocha2606 



Posty: 433
Skąd: Katowice
Wysłany: 2010-06-15, 16:47   POTWÓR!

Skoro się podobało, to przeczytajcie kolejną prawdziwą historię z naszego życia, która zdarzyła się kilka dni temu. :bad:

OPOWIEŚĆ O DZIELNEJ MAŁGORZACIE I POTWORNYM POTWORZE

Było upalne, czerwcowe popołudnie. Żar lał się z nieba , skutecznie zniechęcając istoty zimnolubne, a do takich zaliczały się Małgorzata i jej Mała Blondyneczka, do wyściubiania nosa z domu.
Małgorzata siedziała więc w swoim małym gabineciku, buszując po niezmierzonych przestworzach internetu i chłodząc się zimnymi napojami, chociaż ślicznie brzęczące kostki lodu, które do nich dodawała, roztapiały się w zastraszająco szybkim tempie.
Mała Blondyneczka drzemała na zimnych kaflach w przedpokoju, z nosem zwróconym w stronę Małgorzaty, gotowa w każdej chwili towarzyszyć jej w drodze do kuchni, bo może, a nuż, tym razem z lodówki uda się wyciągnąć coś więcej, poza tymi dziwnymi, zimnymi i brzęczącymi kostkami.
W pewnej chwili Małgorzata usłyszała dziwne , stłumione odgłosy , coś w styl „ och, ach, chrrrrm, uch...grrr” i pomyślała, że to pewnie sąsiedzi pozbyli się na chwilę dzieci i wykorzystują to upalne popołudnie do zacieśnienia więzów międzyludzkich.
Małgorzata taktownie, nie wypada przecież podsłuchiwać w takich momentach, założyła na uszy słuchawki i ponownie zagłębiła się w przestworzach internetu.

Czas płynął niespiesznie, przez otwarte okna czasami wpadł jakiś litościwy podmuch wiatru, a czasami....
-POTWÓÓÓÓR!!!- wrzasnęła Mała Blondyneczka zrywając się na równe nogi – RATUNKU!!!! POTWÓÓÓR!
Małgorzata również zerwała się na równe nogi, zrywając przy okazji z głowy słuchawki i wtedy usłyszała okropny rumor dochodzący z przedpokoju.
Mała Blondyneczka patrzyła na nią przerażona oczami wielkimi jak spodki, powtarzając:
-Potwór! Potwór! Zrób coś! Tam jest POTWÓR!
Przez głowę Małgorzaty przeleciało milion myśli na raz „ ktoś wlazł przez balkon i zaraz nas tu zamorduje, a potem zgwałci, w tej albo odwrotnej kolejności! trzeba uciekać! nie ma gdzie uciekać! może się schowamy i nas nie zauważy...”
- Zrób coś, boję się – pisnęła Mała Blondyneczka – Ten potwór zaczaił się i patrzył na mnie, a ślepia ma ogromne i gorejące niczym ogień, jest wielki, straszny, ma wielkie, szponiaste łapy i ogromne dłonie, które zasłaniają słońce .
„Trzeba coś zrobić, chociaż ja też się boję jak [...]” – pomyślała Małgorzata, po czym wzięła trzy głębokie wdechy ,złapała pierwsze co jej się nawinęło pod rękę czyli lekko tępy ołówek i tak uzbrojona wyskoczyła do przedpokoju.
- Tam jest! Ucieka do kuchni! – wrzasnęła Mała Blondyneczka i udawała, że pędzi za potworem, jednak taktownie ustąpiła z drogi Małgorzacie.
- Ty draniu jeden, won od moich garnków! – krzyknęła szeptem Małgorzata i zajrzała do kuchni a tam...
- Jest? Starszny, prawda? Wyżera naszą zupę? Co robimy?- zapytała cichutko Blondyneczka.
- Toż to gołąb – odetchnęła Małgorzata z ulgą – Siedzi na kuchence. Zostań sunia Saszunia, a ja wymyślę, w co by go złapać.
-Gołąb? – zdziwiła się Mała Blondyneczka- A gdzie potwór?
Małgorzata pobiegła truchcikiem do przedpokoju po gustowną apaszkę, która miała jej posłużyć do złapania gołębia , a wracając do kuchni powtarzała sobie „ tylko spokojnie, to gołąb, dasz radę, przecież cię nie pożre, to tylko ptak... ptaki muszą rozumieć jakieś cs-y...”
- No i gdzie on jest?
- No... zwiedza, teraz poszedł do sypialni - Sunia Saszunia zrobiła bezradną minę - Siedzi na oknie i stuka w szybkę. Wypuścisz go?
- A mam inne wyjście? Ty zostań , a ja się nim zajmę. Spokojnie, pomalutku – powiedziała Małgorzata i tak też zrobiła, pomalutku, powolutku podeszła do okna i otworzyła je na oścież, po czym dała gołębiowi klapsa w opieprzoną pupkę, wypychając do delikatnie aczkolwiek stanowczo na zewnątrz.
-Szerokich lotów!
A potem, kiedy emocje opadły, o mało nie zemdlała, więc na wszelki wypadek położyła się na łóżeczku.
Mała Blondyneczka chwilę postała, posapała, otrzepała swoje śliczne futerko, liznęła Małgorzatę po twarzy i też poszła się położyć w swoim
„ kąciku bezpieczeństwa”, czyli koło biblioteczki w dużym pokoju.

Minęło kilka minut, Małgorzata uspokoiła nerwy i stwierdziła, że czas wrócić do komputera.
Przechodząc przez przedpokój kątem oka dostrzegła jednak coś, co bardzo, ale to bardzo jej się nie spodobało.
-O nie.... – jęknęła żałośnie Małgorzata – plaga jakaś, czy co? Pani gołębiowa?
- Co? – fuknęła sunia Saszunia, otrzepując futerko i zaglądając do małego pokoiku, gdzie na rowerze treningowym siedziała ni mniej, ni więcej, tylko pani gołębiowa – Ja tam nie wchodzę, poczekam tutaj i sobie popatrzę.
Cóż było robić, Małgorzata pomalutku, powolutku przemknęła pod ścianą, cały czas obserwując panią gołębiową, która z kolei bacznie obserwowała Małgorzatę, płynnym ruchem odsunęła firankę i otworzyła szeroko okno, po czym na czworakach wróciła do drzwi i dała pani gołębiowej klapsa w opierzoną pupkę:
- No leć, szukaj swojego kochasia!
Pani gołębiowa rozpostarła skrzydła i wyfrunęła wprost w szeroki świat.
- Już? Nie ma ich już więcej? – zapytała Mała Blondyneczka.
- Mam nadzieję. Sprawdźmy lepiej mieszkanie – odparła Małgorzata.
- To może lepiej Ty sprawdź, jesteś taka dzielna i odważna, a ja sobie poleżę pod biblioteczką, żeby Ci nie przeszkadzać – powiedziała Blondyneczka, po czym czmychnęła na swoje ulubione bezpieczne miejsce.
Cóż było więc robić?
Dzielna Małgorzata przeszukała mieszkanie kącik po kąciku, nie znajdując na szczęście już żadnych nieproszonych gości. A potem, kiedy już się uspokoiła i na dworze słońce chyliło się ku zachodowi, zabrała sunię Saszunię na długi spacer połączony z kąpielą w leśnych kałużach, po którym wróciły do domu zmęczone ale szczęśliwe. I być może gdzieś na tym spacerze spotkały gołębia i panią gołębiową, którzy obserwowali ich z góry, jednak tego się pewnie nigdy nie dowiemy.
;)
_________________
Gocha&Sasza
http://www.facebook.com/DogMastersTrekking
 
 
blunetka 
blunetka



Mój labrador: Bretania
Posty: 3275
Skąd: Zamość
Wysłany: 2010-06-15, 23:35   

Gocha2606, :brawooo:
 
 
karolinna15 



Mój labrador: Fiona
Wiek: 26
Posty: 4123
Skąd: Polska
Wysłany: 2010-06-16, 16:01   

Gocha2606, Super :brawooo: :brawooo: :brawooo: :brawooo: :brawooo: :brawooo: :brawooo:
_________________
Zapraszam do galerii Fiony!!!
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

Napisz do nas · Statystyki · Reklama

Kontakt z Labradory.info: poczta elektroniczna.
© 2004-2010 Labradory.info Wszelkie prawa zastrzeżone.


REKLAMA